środa, 25 czerwca 2014

Nowość: Alterra Emulsja oczyszczająca Bio granat

O nowościach wśród kosmetyków Alterry słyszałam chyba już dwa miesiące temu i naprawdę wypatrywałam ich w Rossmannach. Kiedy już pojawiły się w sklepach, wybrałam trzy rzeczy, w tym tą najbardziej wyczekaną, czyli emulsję oczyszczającą. Poprzedniej emulsji nie dane mi było używać, dlatego tym bardziej chciałam poznać tę nowość.

Od jakiegoś czasu z powodzeniem używam żelu tymiankowego z Sylveco i nie planuje z niego rezygnować (chyba, że na rzecz rumiankowej wersji), to jednak pomyślałam, że rano nie potrzebuję tak mocnego oczyszczania twarzy. W ten oto sposób zakup emulsji z Alterry był w pełni uzasadniony ;)


Wg producenta


Skład


Opakowanie
Emulsja zamknięta jest w smukłej tubce, stojącej na nakrętce zamykanej na "klik". Niestety, według mnie, ze względu na konsystencję, opakowanie nie jest zbytnio trafione. Przy otwieraniu łatwo o "niekontrolowany wyciek" emulsji, co mnie po którymś razie zaczęło po prostu wkurzać, bo kiedy rano mam umyć buzię, nie chcę wykazywać się wyjątkową uwagą by nie upaćkać nakrętki czy nie stracić porcji kosmetyku. Ale może po prostu się czepiam ;)

Konsystencja
Emulsja ma postać rzadszego mleczka. Nie pieni się w ogóle, pachnie dość charakterystycznie jak na kosmetyki Alterry i jeśli używałyście odżywki lub maski z granatem i aloesem, zapach będzie dla Was znajomy.

Pojemność/cena
125 ml/8,49 zł.

Dostępność
Drogerie Rossmann.

Sposób użycia
Producent zaleca ścieranie emulsji wacikiem kosmetycznym lub zmywanie jej wodą.
W mleczkach kosmetycznych nie lubię między innymi używania wacików, a przy zmywaniu emulsji wodą mam uczucie, że niedostatecznie oczyściłam twarz. Wyjściem z tej sytuacji okazało się użycie celulozowej gąbeczki i wybranie jednej z dwóch strategii. Albo nakładam emulsję na palce, twarz i oczyszczam ją masującymi ruchami, by następnie przetrzeć skórę wilgotną gąbeczką i dokładniej oczyścić skórą, lub aplikuję ją bezpośrednio na gąbkę i przecieram twarz niczym bawełnianym wacikiem. W obu przypadkach, na koniec przemywam jeszcze twarz wodą.

Ze względu na mankamenty opakowania, przelałam emulsję do opakowania z pompką i w końcu nie mam problemu z komfortowym wydobyciem kosmetyku.


Moja opinia
Chociaż spodziewałam się, że emulsja będzie zachowywała się trochę inaczej, to jestem z niej zadowolona. Mimo postaci mleczka, za którymi nie przepadam, nie mam dużych obaw o pozostałą na powierzchni skóry warstwę. W składzie na próżno szukać nie lubianej przeze mnie (szczególnie w pielęgnacji twarzy) oblepiającej parafiny, tym bardziej jestem spokojna, że cienka warstwa nie będzie dla mnie szkodliwa.
Emulsji zgodnie z planem używam głównie do porannego oczyszczania, ale raz na jakiś czas używam jej również wieczorem do demakijażu i sprawdza się równie dobrze. W prawdzie używam jej w tedy dwukrotnie i dokładniej, ale robię to także w przypadku żelu Sylveco, po prostu chcę mieć pewność co do dokładnego oczyszczenia skóry.
Preparat Alterry rzeczywiście jest delikatny, nie wysusza suchej skóry, za to pozostawia ją nawilżoną, miękką i gładką. Nie doświadczyłam żadnego podrażnienia ani uczulenia, w oczy także mnie nie piecze. Zapchania czy pogorszenia stanu skóry także nie doświadczyłam.
Nie ma problemu ze zmyciem makijażu ani z tuszem do rzęs, choć zaznaczam, że nie używam kosmetyków wodoodpornych.

Emulsji używam od ok. 2 tygodni i trudno powiedzieć mi coś o wydajności, oprócz tego, że wydaje mi się, że jest niezła. Do opakowania z pompką, które ma pojemność 150 ml. przelałam ją kilka dni temu
i jest jej ponad ok. 3/4 butelki.


Plusy
  • delikatne oczyszczanie
  • skład
  • nawilżenie
  • brak wysuszania skóry i uczucia ściągnięcia
  • miękka i gładka skóra
  • dostępność i cena

Minusy
  • opakowanie niedopasowane do konsystencji

Podsumowując
Działanie, skład, cena i dostępność sprawiają, że jestem zdecydowanie na tak i nawet "mleczkowatość" tej emulsji mnie nie zniechęca. Nie wiem jeszcze czy będzie stale gościć w mojej łazience, ale wiem, że jest to produkt, po który mogę śmiało sięgać. Jeśli jeszcze nie miałyście z nią do czynienia, polecam jej wypróbowanie, bo jak dla mnie, to bardzo dobry kosmetyk i może być hit :)



Pozdrawiam ciepło :)
Czella

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Poniedziałkowe paznokcie: Love, peach and harmony Catrice

Lakier o wdzięcznej nazwie Love, Peach and Harmony pochodzi z limitowanej edycji Catrice o nazwie Celtica. Wydaje mi się, że tej kolekcji nie znajdziecie już w drogeriach w regularnej sprzedaży, ale może ostanie się na jakiejś wyprzedaży. Celtica to limitka na styczeń, a pojawiła się w polskich sklepach w okolicach marca, więc nigdy nie wiadomo. 




Właśnie ze względu na dostępność, nie miałam pewności czy jest sens by go pokazywać, ale kojarzę, że już w jakiejś poprzedniej limitce był bardzo zbliżony, jak nie identyczny kolor. Inne marki także mają podobne odcienie, więc może patrząc na lakier Catrice, zapragniecie czegoś podobnego dla siebie.



Love, peach and harmony to urocza morela ze złotym, dyskretnym shimmerem. Kolor jest w sam raz, ani za intensywny, ani zbytnio rozbielony, według mnie posiada idealną proporcję tonów pomarańczowych
i różowych. Uważam, że będzie idealny na ciepłe dni oraz do jasnych ubrań, choć oczywiście nie tylko :) 


Niestety ze względu na pochmurną pogodę, nie byłam wstanie pokazać, jak shimmer połyskuje w słońcu,
a wtedy najlepiej go widać.



Lakier ma kremową konsystencję, szeroki, zaokrąglony na dole pędzelek. W sumie jest całkiem wygodny 
i można nim szybko pomalować paznokcie, ale trzeba mieć wprawę i nabrać odpowiednią ilość emalii, tak w sam raz, nie za cienko, nie za grubo. W przeciwnym razie malowanie będzie dość problematyczne...jedna cienka warstwa zostawia duże prześwity, druga grubsza już trochę lepiej, ale niestety potrzeba by było chyba trzech średnich, żeby osiągnąć faktycznie dobre krycie i brak prześwitów.  Lakier, szczególnie przy cieńszych warstwach nie wybacza poprawek, zostawia ślady, marze się, dlatego trzeba malować szybko, pewnie i odpowiednią ilością.
Dodatkowo lakier schnie długo, zdecydowanie za długo, bo nawet pod wysyszaczem (SH Insta Dri)  chyba po godzinie lub nawet dłużej, na lakierze zostawały odciski palca oraz był podatny na uszkodzenia.

Buteleczka zawiera 10 ml emalii i obawiam się, że tak duża pojemność lakieru w tym przypadku niekoniecznie jest zaletą, nie wiem czy lakier szybko nie zgęstnieje i raczej nie będę w stanie go zużyć.





Kolor bardzo mi się podoba, uwielbiam wszelkie morelowe odcienie, ale pierwsze spotkanie z tym lakierem nie napawają mnie optymizmem. Lubię malować paznokcie, ale lubię robić to sprawnie, bez uczucia mordęgi...Może nie jest tak źle, może dojdę do wprawy... a na razie cieszę się kolorem.


Macie apetyt na morelowe paznokcie? :)


Pozdrawiam ciepło :)
Czella

czwartek, 19 czerwca 2014

Siedem zakręconych dni

Dzisiejszy post będzie "gadany" ale może Was nie zanudzę, a może nawet dla niektórych z Was będzie on inspiracją do wprowadzenia mojego pomysłu w życie albo zaadaptowania go do własnych potrzeb.

Chyba, każdy z nas słyszał, że aby nowy nawyk się utrwalił potrzeba 21 dni. Ja mam jednak tak, że zazwyczaj najgorzej mi zacząć, a 21 dni robienia czegoś nowego, co do czego nie mam przekonania lub w jakikolwiek sposób czuję opór, to już w ogóle wydaje się być bardzo długo.
Jednak tak naprawdę, zazwyczaj już po tych po 7 dniach przyzwyczajam się i przekonuje do tego czegoś. Właśnie ten fakt postanowiłam wykorzystać i nie przeciwko sobie a dla siebie.

Wydaje mi się, że dla większość z Was informacja, o tym że moje włosy są falowane/kręcone będzie zaskoczeniem. Ba! Pewnie nawet nie wiecie jakie mam włosy. A włosy są bardzo ważną części mojego kosmetycznego życia, tylko od wieków nie dawałam temu wyrazu na blogu. 
Przez pewien czas pojawiały się 'aktualizację włosowe', ale z racji wybycia mojego fotografa, tego typu wpisy przestały się pojawiać (co już w przyszłym miesiącu mam nadzieję się zmieni :)). Ale nie o tym :)

To, że moje włosy mają potencjał do bycia czymś więcej niż nieokreślonymi, odkryłam jakieś dwa lata temu, jednak od tamtego czasu loki pojawiają się na mojej głowie raczej rzadko.  

Lubię  na głowie ład, porządek i gładkość. Odstające włoski są moją zmorą, nad którą tym bardziej trudno mi zapanować, kiedy są na niej loki. Żeby była jasność większość, jak nie wszystkie rzeczy, które przeszkadzają mi, na moich włosach, są przeze mnie niezauważane lub ignorowane na cudzych włosach. Ot, zrozum kobietę...
Więc przeszkadzają mi zmierzwione i sfilcowane, jak ja to mówię, loki oraz ogólny bałagan i niezdecydowane w temacie kręcenia się tyłu moich włosów. Jeszcze to, że dzień po lokach moje włosy, które zwykle myję co 2-3 dni, wymagają natychmiastowego mycia. Na bakier mam także z suszarką, zwaną, przez co poniektórych a dokładnie przez Taką Jedną, wiatraczkiem. 
Ostatnią rzeczą, której nie lubię w moich kręconych włosach jestem ja sama...po prostu czuję się w nich dziwnie, mam wrażenie, że wyglądam brzydziej i że wszyscy się na mnie z tego powodu patrzą.

Może powinnam o swoich powyższych zastrzeżeniach pisać w czasie przeszłym, ale nie uprzedzajmy faktów...

Na wiele z tych problemów odpowiedzią miała bym moja nowa, wymarzona i wyczekana suszarka. Owszem, jak się przekonałam pomogła w wielu z nich, ale tak naprawdę, wbrew temu co wcześniej myślałam, to nie ona obyła tu kluczowa, a moje nastawienie.
Przede wszystkim stwierdziłam, że powinnam w końcu faktycznie zaakceptować to, jakie moje włosy są, a nie wciąż mniej lub bardziej z nimi walczyć. Zobaczyć w nich potencjał, a nie przeszkodę. A przede wszystkim polubić się w nich. 

Czasem trudno coś lub kogoś od tak polubić, ale jeśli nie zaiskrzy od razu, zawsze można się jeszcze, do tego czegoś przekonać. Przekonywać można się stopniowo, dając komuś lub czemuś szansę. I taką szansę postanowiłam dać swoim włosom, a tak naprawdę sobie.
W ten sposób dochodzimy do rozwikłania tytułu dzisiejszego wpisu. Postanowiłam rzucić sobie wyzwanie pt. "Siedem dni z kręconymi włosami". 

Moim głównym celem było oswojenie się z sobą w lokach, a przy okazji nauczenie się z nimi obchodzić.
Do tej pory odkryłam, że moje włosy dobrze się kręcą po preparatach wspomagających skręt, suszeniu suszarką i ich ugniataniu. Wiem też, że czasem wystarczy im nawet samo ugniatanie w akompaniamencie ciepłego powietrza z suszarki. I to w sumie tyle.
A ponieważ wiem,  że sposobów na wydobywanie loków jest kilka i postanowiłam w końcu trochę z nimi poeksperymentować. 

Moimi największymi sprzymierzeńcami okazała się cierpliwość, chęć nauki, żel do włosów (co do którego miałam wcześniej mieszane uczucia) i oczywiście moja nowiuteńka suszarka wyposażona także w dyfuzor.
I tak przez kolejne siedem dni.
Idealnej kombinacji jeszcze nie wypracowałam, więc zarzekam się, że to jeszcze nie koniec nauki kręcenia. Najważniejsze jednak jest to, że jakoś trzeciego dnia zaczęłam się przekonywać do siebie w tym lokowym nieładzie i to, co wcześniej postrzegałam jako wady, zaczęłam postrzegać bardziej jako zalety.

Podsumuję, co mi dało 7 dniowe zakręcone wyzwanie:
  • dowiedziałam się o moich włosach trochę więcej, np. zobaczyłam rodzaje skrętu, o jakie się nawet nie podejrzewałam
  • spodobała mi się objętość jaką daję loki i iluzja, że włosów jest więcej
  • włosy uczą się skrętu i nawet te z tyłu częściej załapują, o co w tym chodzi
  • nauczyłam się reanimować moje loki dnia następnego
  • przestałam się czuć jak dziwaczka, a nawet jeśli jeszcze w pełni nie przestałam, to czuję się nią zdecydowanie mniej
  • lubię swoje włosy coraz bardziej i co najważniejsze coraz bardziej akceptuję ich naturę.

Moje 7 zakręconych dni skończyło się wczoraj i dla odmiany postanowiłam wyprostować włosy na szczotce i zgadnijcie co, teraz czuję się dziwne w prostych :D

Jestem ciekawa moich włosów, dlatego myślę, że w najbliższym czasie często będę chodziła zakręcona.
Ponad to, myślę, ze 7 dniowe wyzwania zagoszczą u mnie o wiele częściej, bo zdecydowanie jest to dla mnie mniej przerażające niż te słynne 21 dni.

Moje śmieszne zdjęcie na dowód mojego zakręcenia :)


Macie jakieś pomysły na swoje 7 dniowe wyzwanie? Łatwo Wam wyrobić w sobie nowy nawyk, czyli nie tylko zacząć jak i pozostać przy nowym postanowieniu?


Pozdrawiam ciepło :)
Czella

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Poniedziałkowe paznokcie: Jedwabne paznokcie Lovely St. Tropez nr 2

Ponieważ u mnie znów się wypogodziło, lakier St. Tropez z letniej serii Lovely zdaje się być dobrym wyborem na dzisiejszego bohatera "Poniedziałkowych paznokci".

Seria St. Tropez to szybko schnące lakiery do paznokci w trzech pastelowych kolorach i jedwabnym wykończeniu. Ja z trójki wybrałam błękit opatrzony nr 2.


Lakier w typowej dla innych serii buteleczce. Pędzelek jest prosto ścięty i szeroki, niestety z jednej strony
w moim egzemplarzu odstają włoski.
Konsystencja jest rzadsza i lakier dobrze rozprowadza się po płytce, choć ze względy na wykończenie zostawia ślady po pędzelku.
Kryje po dwóch warstwach, choć czasem, w zależności od światła, zdaje mi się, że wolny brzeg paznokcia lekko prześwituje.
Wspomniane ślady po pędzelku, do drugiej warstwie są mniej widoczne oraz przy wysychaniu ten efekt także sę zmniejsza. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to kremowe wykończenie.


Lakier ma jedwabne wykończenie, ja wytłumaczyłabym to jako perłę, czy półperłę w półmatowym wykończeniu :)
Muszę przyznać, że bałam się trochę tej perły, ale przekonałam się, że nie ma czego, bo lakier rzeczywiście prezentuje się ładnie i po prostu inaczej. Myślę, że właśnie ta inność najbardziej mi się w nim spodobała, choć błękit także piękny i letni. Kojarzy mi się, z lekko zmrożonym efektem, więc idealny na upały ;)


Drobinki bardzo ładnie widać w słońcu.






Lakier schnie w miarę szybko (ale i tak za długo jak się przywykło do topów wsysuszających),  jednak poprzez dłuższą chwilę pozostaje podatny  na uszkodzenia. Podczas wysychania lakier matowieje,dlatego nakładanie na niego jakiegokolwiek topu popsułoby ten efekt.
Wytrzymał 4 dni bez odprysków.


Jego pojemność to 8 ml, kosztuje ok. 7-8 zł i kupicie go w Rossmannie. Dostępny jest jeszcze w różu
i zieleni/mięcie.


Co Wy na to? :)


Pozdrawiam ciepło :)
Czella

piątek, 13 czerwca 2014

Tureckie mydło do kąpieli Hammam Planeta Organica

Ta recenzja miała się pojawić już daaaawno temu, ale jak już się przekonałam nie jeden raz, wszystko dzieje się w odpowiednim czasie, bo dziś mogę powiedzieć o bohaterze dzisiejszej recenzji jeszcze więcej :)



Wg producenta
"Hammam – to wspaniały spadek po imperium osmańskim w Turcji. To filozofia głębokiego oczyszczenia przy udziale pozytywnych emocji. Dlatego nasze mydło wytwarzane jest zgodnie
z wielowiekową tradycją hammamu. Propolis miękko i efektywnie oczyszcza, stymuluje regenerację skóry. Organiczny olej różany odmładza, nawilża, zmniejsza napięcie i zmęczenie. Nadaje skórze równy, piękny kolor. Jemeńska henna intensywnie odżywia i zmiękcza skórę zapobiegając utracie wilgoci.
 
Zalety produktu: 
  •  100% - produkt naturalny
  • Tradycyjne mydło tureckiej łaźni, dawna wschodnia receptura.
  • Organiczne oleje eukaliptusa i lauru, organiczny olej różany.
  • Jemeńska henna i propolis – o silnym działaniu odżywczym, zmiękczającym i antyoksydacyjnym 

Produkt nie zawiera SLS i parabenów
Sposób użycia
Nanosimy mydło na wilgotną skórę ciała, wykonujemy delikatny masaż i zmywamy.

Prastara wschodnia receptura.

Tradycyjne mydło stosowane w tureckich i marokańskich saunach.


W propolisie znajduje się bardzo wiele cennych substancji organicznych takich jak flawonoidy, terpeny, glikozydy, które bardzo korzystnie wpływają na nasz organizm. Propolis delikatnie oczyszcza skórę
i stymuluje zachodzące w niej procesy regeneracji.

Organiczny olejek różany wchodzący w skład mydła odmładza, poprawia koloryt skóry i dodaje jej delikatności.Henna jemeńska i organiczny olejek eukaliptusowy posiadają silne działanie antyseptyczne 
i antyoksydacyjne, intensywnie odżywiają i zmiękczają skórę przeciwdziałając jej wysuszeniu."





Skład
Aqua, Potassium Oilvate (z oleju z oliwek), Glycerine, Organic Rosa Damascena Flower Oil (organiczny olej różany), Propolis Extract (propolis), Lawsonia Inermis Extract (jemeńska hna), Olea Europea Fruit Oil (olej z oliwek), Organic Eucalyptus Globulus Leaf Oil (organiczny olej eukaliptusa), Pogostemon Cablin Oil (olej paczuli), Cinnamomum Verum Bark Oil (olej cynamonu), Propolis, Organic Laurus Nobilis Leaf Oil (organiczny olej laura), Prunus Persica Kernel Oil (olej brzoskwini), Juglans Regia Kernel Oil (olej greckich orzechów); Caramel oraz *Potassium Olivate, Potasium Laurate (sól potasowa kwasów tłuszczowych pochodzących z oliwy z oliwek  oraz z oleju laurowego), Parfum, Sodium Benzoate, Potasisium Sorbate (to konserwanty dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych i ekologicznych, wykorzystywane także w konserwowaniu żywności).


*W składzie na większości stron nie jest podany pełny skład.


Opakowanie
Plastikowy słoik, zakręcany. Poręczny i wygodny, bo produkt można z niego łatwo wydobyć i zużyć do końca. 
Po odkręceniu słoika widzimy liść laurowy, przyjemny akcent :)

Konsystencja
Gęsta, lekko galaretowata, ciągliwa, połyskująca maź. Chociaż mydło jest gęste, to miękkie, nie ma problemu z jego nabraniem, a wystarczy go naprawdę niewiele.
Mydło może się rozcieńczać wodą, dlatego warto albo nie wkładać do opakowania mokrych dłoni, albo przełożyć do mniejszego opakowania mniejszą ilość. 

Cena/pojemność
Od 39 do 46 zł/450 ml.

Dostępność
Sklepy z naturalnymi i rosyjskimi kosmetykami, głównie internetowe, ale zdarzają się także stacjonarne.




Zastosowanie
Do kąpieli oraz pod prysznic - mydło pieni się całkiem nieźle na myjce i to właśnie
z myjką/gąbką/rękawicą poleca się jego używanie. Najchętniej używałam tego mydła podobnie do zaleceń czyli po ciepłej kąpieli, ale pod prysznicem też dobrze się sprawdza.
Oprócz świetnego oczyszczenia skóry, mydło nawilża i odżywia skórę, czyni ją gładką i miłą
w dotyku. Ponieważ nie powoduje wysuszenia skóry, balsamowanie po nim nie jest konieczne. 

Do myci twarzy - całkiem długo używałam go do mycia twarzy, a nawet całego demakijażu. Mydła używałam dwa razy dziennie, i zaobserwowałam, że bardzo dobrze oczyszcza, nie ściąga ani nie wysusza skory (jedynie delikatnie napina skórę, ale nie jest to straszne). Zmniejszało ilość zaskórników i ogólnie poprawiało stan skóry, różne niespodzianki pojawiały się jeszcze rzadziej.
Oprócz standardowego mycia,  raz na jakiś czas zostawiałam mydło odrobinę grubszą warstwą na skórze, co działało podobnie do peelingu enzymatycznego. Działa podobnie do czarnego mydła, ale dla mnie jest delikatniejsze dla skóry i przyjemniejsze w użyciu.

Do mycia włosów - to ostatnio moje ukochane zastosowanie mydła tureckiego. Dobrze oczyszcza włosy, zmywa olej, pieni się dobrze (chyba ze mam więcej do zmycia, wtedy myje nim włosy dwa razy, bo lubię jak szampon/myjadło się spieni).  Potrzeba go niewiele, nie podrażnia skóry głowy, nie wysusza jej, ani włosów. 
To co zadziwia mnie najbardziej, to fakt, iż przy spłukiwaniu włosy są bardzo gładkie (prawie jak po super odżywce), w ogóle nie splątane i miękkie. Rozczesują się bez problemu i naprawdę sprawiają wrażenie włosów po odżywce. Gdyby nie fakt, że jednak czuję się dziwnie nie nakładając odżywki
i zawsze chcę włosom dogodzić, mogłabym włosy tak zostawić (co zresztą zdarzyło mi się parę razy). Mam też wrażenie, że schną dużo szybciej, bo ostatnio po rozczesaniu włosów a przed nałożeniem odżywki, końce miałam już podsuszone a czynności wykonywałam jedna po drugiej! Do tego włosy są miękkie, błyszczące i nie są spuszone (mówię cały czas o włosach bez nałożonej odżywki po myciu).


Moja opinia
Moją ulubioną marką wśród rosyjskich kosmetyków jest Planeta Organica. Właściwie każdy ich kosmetyk, jaki do tej pory używałam, mnie zachwyca i tak też jest z tureckim mydłem do kąpieli Hammam. Przyznam, że cała seria mydeł jest bardzo kusząca, ale jako pierwsze wybrałam to, które zaraz obok tureckiego mydła Beldi, ma w 100 % naturalny skład.

Oczywiście trzeba mieć świadomość, że nie jest to tak naprawdę mydło tureckie, ale jest inspirowane tureckim rytuałem hammam. W Rosji korzystanie z bani ma także swoje długie tradycje, więc może nie jest to aż tak bardzo odległe. 

W tureckim mydle Palneta Organica podoba mi się dosłownie wszystko, od opakowania po działanie. Mydło zachwyca mnie zapachem, lekko słodkim, różanym, ale przede wszystkim, jak dla mnie orzeźwiającym i rozgrzewającym, bo eukaliptus wybija się na pierwszy plan. 
Mydło świetnie oczyszcza nie wysuszając przy tym, a wręcz nawilżając i odżywiając skórę. Fantastycznie sprawdza się do mycia włosów. Wcześniej używałam go w tej roli sporadycznie, teraz ponieważ pokończyły mi się "normalne" szampony, sięgnęłam po mydło tureckie i jestem zachwycona, bo włosy po nim są gładkie, nawilżone i błyszczące, totalnie się w nim zakochałam :)

Mydło jest bardzo wydajne i wszechstronne, można go z powodzeniem używać absolutnie do całego ciała. Przełożone do mniejszego pojemniczka świetnie sprawdza się na wyjazdach, oszczędzi nam miejsca w bagażu, a nic nie stracimy na pielęgnacji.


Plusy 
  • wszechstronne zastosowanie
  • naturalny skład
  • działanie: oczyszcza, nawilża, wygładza
  • oryginalny zapach
  • wydajność
  • ogólny wygląd i estetyka

Minusy
  • może ześlizgiwać się z mokrego ciała
  • nie każdemu zapach przypadnie do gustu


Dla mnie użycie tego mydła to wielka przyjemność, wiem że naprawdę mi służy, a nie tylko np. ładnie pachnie.
Myślę, że jeśli szukacie uniwersalnego i naturalnego produktu do mycia całego ciała oraz włosów, to tureckie mydło hammam Was nie rozczaruje. O ile oczywiście nie macie nic przeciwko zapachowi róży zmieszanej z eukaliptusem :)

Lubicie takie naturalne mydła? Macie swoje ulubione?


Pozdrawiam ciepło :)
Czella

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Poniedziałkowe paznokcie: nowości i zapowiedzi

W dzisiejszych "Poniedziałkowych paznokciach" chcę Wam pokazać lakierowe nowości z ostatnich tygodni
i tym samym zapowiedzieć, co będzie pojawiać się w tym cyklu. Co prawda, przy okazji postu z "ogólnymi" nowościami większość już pokazywałam, ale chcę to zgromadzić w jednym "lakierowym" miejscu a i coś tam jeszcze do tej gromadki doszło.

Zatem bez dalszej, zbędnej gadaniny:


Od lewej: matowy piasek Wibo seria Candy Shop nr 4, brokatowy piasek Lovely seria Baltic Sand nr 9, lakier o satynowym wykończeniu Lovely seria St. Tropez nr 2, Colour Alike kolor Drachetka z kolekcji PZN, Kobo seria Colour Tredns Sydney.


Od lewej: Essence Special Effect piórkowy lakier, Rimmel 60 Seconds sygnowany przez Ritę Orę (czy się odmienia?), kolor White Hot Love i Lose Your Lingerie, Colour Alike seria Typografia B, Catrice edycja limitowana Celtica, kolorLove, Peach&Harmony.


Od lewej: Barbra Pro Odzywka wzmacniająco z olejkiem lawendowym, Essence baza peel off, Essence Top Sealer.


Sensique odtłuszczacz do paznokci oraz Barbra Pro zmywacz-tonik z olejkiem ze słodkiej pomarańczy.


I szybka prezentacja nowych kolorów:





Tego możecie się spodziewać w poniedziałki.
Jeśli coś Wasz szczególnie zainteresowało, dajcie znać :)


Pozdrawiam wyjątkowo gorąco :)
Czella

czwartek, 5 czerwca 2014

Po raz pierwszy: majowi ulubieńcy

Lubię ulubieńców,  oglądam tych z videoblogów i czytam blogowe. Sama już wielokrotnie przymierzałam się do tego typu wpisów, ale zawsze przeraża mnie ich długość i cykliczność. Nie zawsze też faktycznie byłam w stanie wydzielić jakąś grupkę kosmetyków, które faktycznie by mnie zachwyciły w danym miesiącu. Jednak w maju znalazłam takie produkty i myślę, że jest to świetny moment by się nimi z Wami podzielić. 
Dodatkowo by się nie zniechęcać, nie zamierzam umieszczać tu mini recenzji a jedynie kilka krótkich zdań, dlaczego coś mi się sprawdziło i odesłać do pełnej recenzji, jeśli takowa się pojawi.
Zatem zaczynajmy :)


Twarz
Kremem, który w maju najczęściej gościł na mojej twarzy był Cicaplast z LRP. Ratował moją twarz podczas uczulenia oraz zapobiegał przesuszeniu i nadmiernemu ściągnięciu po serum z kwasem migdałowym.



Ciało
Tzw. rzutem na taśmę w Biedronce, na przecenie, kupiłam mus do ciała o zapachu Brzoskwini i mango. Okazuje się, że czasem takie spontaniczne zakupy, potrafią być najlepsze. Mus całkiem dobrze nawilża i delikatnie natłuszcza skórę, ma przyjemną jogurtową konsystencję i co najważniejsze bardzo smakowicie pachnie, a zapach utrzymuje się na skórze kilka godzin.



Stopy
Kosmetyków do stóp z serii Fuss Wohl używam już od jakiegoś czasu, jednak ten krem poznałam nie tak dawno dzięki littlecurlyhair i jest to moje "stopowe" odkrycie. Krem ma 10 % mocznika i to jest to, czego moje stopy potrzebowały. 



Paznokcie
Wielkie nadzieję pokładałam w preparacie do usuwania skórek Sally Hansen. Miałam już dwa czy trzy preparaty tego typu, ale nie bardzo spełniały swoją rolę, a przynajmniej nie tak, jak tego oczekiwałam. Cuticle remover faktycznie rozpuszcza skórki i po kilku razach systematycznego stosowania zaczynają wyglądać tak, jakbym tego chciała.



Makijaż
Po kredki do ust Lovely poleciałam zaraz po tym, jak pojawiły się w Rossmannie i w maju to najchętniej właśnie po nie sięgałam. Nie wysuszają ust, mają ładne kolory i zwiększoną trwałość. Dodatkowym miłym atutem, jest ich niska cena.



Akcesoria do makijażu
Tu niewątpliwie prym wiodły pędzle i jajeczko od Real Techniques. Od kiedy weszłam w ich posiadanie, używam ich codziennie z dużą przyjemnością.
Najbardziej zachwyciło mnie właśnie jajeczko i komplet pędzelków do makijażu oczu, są super :)





Część z tych rzeczy postaram się w niedługim czasie zrecenzować, coś ma iść na pierwszy ogień?

Znacie, lubicie moich ulubieńców? 


Pozdrawiam ciepło :)
Czella
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...